Hartford, CT

Stolicą Connecticut jest Hartford, które w XIX i na początku XX wieku było wręcz umiastowieniem (uosobienie dla miast) „American Dream”. Tuż obok murszejących domów arystokratów, powstawały fabryki rzeczy wszelakich i błyszczące, nowe hacjendy przedsiębiorców. Wokulscy, jak to Wokulscy, wszystko chcieli mieć takie samo jak szlachta, tylko lepsze! Z tego też pewnie wynika, robiąca wrażenie, spora liczba pięknych, zadbanych budynków w Hartford. Indywidualnie nie są to jakieś przesadne arcydzieła, ale widać, że ktoś dba i pilnuje, żeby ładne było. Szczególnie jest to zaskakujące, gdy weźmie się pod uwagę, że dziś, Hartford, jak to na stolicę stanu przystało, to takie porządne miasto-nic (Amerykanie mają dziwną przypadłość wybierać na stolicę stanu miasta-nic. Na Florydzie zamiast Miami, czy Orlando wybrali Tallahassee. Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o Tallahassee?! Albo o Harrisburgu w Pennsylvanii? Albo o sztandarowym przykładzie – Albany – stolicy stanu Nowy Jork). W mojej głowie więc, Hartford nie zapowiadało się najciekawiej; tym bardziej zaskoczyło mnie, jak bardzo dbają tu o architekturę.

Jednym z nowocześniejszych przykładów tej dbałości jest Katedra Św. Józefa. W kraju, gdzie większość kościołów to drewniane, pomalowane na biało domki, z pojedynczą, strzelistą dzwonniczką i pustymi wnętrzami (przypomnijcie sobie Doktor Quinn, albooooooo, w sumie, jakikolwiek amerykański film o wiosce lub małym miasteczku), Katedra Św. Józefa robi wrażenie. Brutalistyczna, monumentalna bryła, szary beton, ciemne okna – równie dobrze mogła by to być siedziba rządu towarzysza Cyrankiewicza. Ale w środku? W środku jest Sacrum! Jak to przystało na kościół katolicki w Stanach, w sobotę wieczorem, wewnątrz nie było nikogo, ale i tak wszystko tu żyło. Witraże od sufitu do podłogi, promienie światła rozpraszane na metalowych ozdobnikach i ogromna, nienaruszona przestrzeń. Katole jednak wiedzą jak odjebać porządną biblię pauperum; nie, to, co te białe, drewniane baptysty.

Dziś może wydawać się to niewiarygodne (chociaż pojawił się ostatnio Bernie), ale w XIX, czy w pierwszej połowie XX wieku wielu wpływowych ludzi w Stanach flirtowało z ideologiami komunistycznymi. Hartford w w tym czasie przechodziło okres niesamowitego wzrostu gospodarczego. Fabryki powstawały w każdym zakątku miasta, a co drugi mieszkaniec marzył, że kolejny genialny wynalazek, który zrewolucjonizuje technologię wyjdzie spod jego rąk. Gorączka ta dotknęła nawet tak znakomite postaci jak Mark Twain, który, podczas swojego 17-letniego pobytu w Hartford, w przerwach między pisaniem o przygodach Tomka Sawyera, tworzył wynalazki i inwestował w patenty innych. Koniec końców, spłukał się na tym doszczętnie, po czym, sprzedał swój pełen przepychu dom, wyprowadził się na wieś i zaczął pisać dniami i nocami. Całe szczęście dla niego (i pewnie też dla nas), w Stanach większym powodzeniem cieszyły się jego teksty niż wynalazki. Jednak byli też tacy, którym rewolucja przemysłowa się udała. Jeden z tych Wokulskich, zauroczony czerwonymi ideałami płynącymi z Europy postanowił stworzyć w Hartford samowystarczalne osiedle robotnicze. Gdzie w jednym miejscu jego pracownicy mieliby i fabrykę, i dom, i park, i rozrywkę. Jedną z hal fabrycznych, w bardzo symboliczny sposób, zwieńczył nawet ozdobną, niebieską kopułą, jednoznacznie przywodzącą na myśl widoki z moskiewskiego Placu Czerwonego. „Fabryka będzie waszą cerkwią,towarzysze” – tak ja to odczytuję.

– Te domy wyglądają trochę jak w Auchwitz – mówi małżonka czytając moje myśli.

W przeciwieństwie do Oświęcimia, miasteczko przez parę dekad w XIX wieku funkcjonowało bardzo prężnie i wydawało się, że jest naocznym dowodem na to, iż komunizm może działać. Jednak jak to zazwyczaj bywa z utopiami, Coltsville, szybko się rozpadło. Dziś, w blokach wciąż mieszkają przedstawiciele klasy robotniczej, a fabryki stopniowo przekształcane są w nowoczesne apartamenty dla burżuazji. I odrobinę ironiczny wydaje się fakt, że twórca Coltsville, flirtujący z komunizmem Samuel Colt, zbił fortunę, na stworzeniu współczesnego symbolu wszystkiego tego, co amerykańskie, imperialistyczne i republlikańskie – rewolweru Colt (poza tym M4, M16, Thompson i mnóstwo innych).


Na noc udaliśmy się do miasteczka o pięknej nazwie – Manchester. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, a nauczeni doświadczeniami z Poughkeepsie (notka trochę niżej), byliśmy ostrożni w swoich oczekiwaniach. Podjeżdżając pod dom naszego airbnb-owego gospodarza czuliśmy się bardzo nieswojo. Jednak o ile, w Poughkeepsie, nieswojskość wzbudzały typy tłoczące się przy płonących, metalowych kubłach na śmieci, spoglądające na nas spode łba (koloryzuję!), to w Manchesterze były to równiutko przystrzyżone, przepastne trawniki, zgrabne, drewniane domy i drogie samochody na podjazdach. Okazało się, że na noc zatrzymujemy się w zbudowanej w 1864 roku hacjendzie Charlesa Chenneya (ówczesny przedsiębiorca), która figuruje na liście historycznych zabytków Stanów Zjednoczonych. W XIX wieku w domu tym częstym gościem bywał wspomniany już wyżej Mark Twain oraz czarni niewolnicy uciekający z południa (dom bowiem był ważnym przystankiem tzw. Podziemnej Kolei – Underground Railroad). Właściciele dokładają wszelkich starań, by budynek zachował swój arystokratyczno-kolonialny urok i udaje im się to znakomicie. Chodząc po wnętrzach cały czas musieliśmy uważać, by nie nastąpić na własną szczękę. Laura, mieszkająca w domu na stałe, zdaje się nie przejmować faktem, że mamy rok 2017 i do dziś urządza cotygodniowe, popołudniowe herbatki dla przyjaciół. Przyjęcia, na których goście mogą zasiąść przy stołach zastawionych srebrem i złotem, by porozmawiać o obrazach i literaturze przy spokojnych dźwiękach gitary. By zobrazować wam dbałość o szczegóły, jaką wykazują właściciele domu, powiem tylko, że nasz pokój nie miał klucza, ponieważ nie chcieli zmieniać zamka w zabytkowych drzwiach. A dorobić klucz do obecnego zamka potrafi tylko parę osób w Stanach. Nie znaczy to, że Laura z mężem z przedsięwzięcia zrezygnują, o nie! Po prostu czekają na swój termin.


Oszołomieni tym, jak bardzo okazyjny okazał się nasz nocleg, wybraliśmy się na kolację do niewielkiego centrum miasteczka. I znów! Jak bardzo różne było nasze doświadczenie w Poughkeepsie od tego, co spotkało nas w Manchesterze! O ile tam przemykaliśmy w ciszy, uważając na każdy zakamarek, to tu moglibyśmy zostawić otwarty samochód z portfelami w środku. Ludzie na ulicy uśmiechnięci, życzliwi, kłaniają się grzecznie. Wszystko jest tu idealne! Piękny mały kościółek, dom weteranów, gdzie właśnie odbywa się partyjka Bingo, restauracje z każdego zakątku świata, małe lokalne sklepy z pięknymi zielono-złotymi szyldami (wszystkie w tym samym stylu!), zamiast sieciówek. Mieszkałby w Manchesterze!


Następnego ranka, zjadłszy domowego muffinka, z żalem opuszczaliśmy nasz ulubiony dom na świecie, by wrócić do Hartford, gdzie mieliśmy zwiedzić najlepiej ocenianą atrakcję w całym Connecticut – wspomniany wcześniej dom Marka Twaina.


Piękny, ciekawy, ale jak mam płacić 40 dolarów (za dwie osoby) za zwiedzanie domu z epoki, to wole już dołożyć trochę i się przespać w domu z epoki. Po Charles Cheney Inn już nic nie będzie takie samo!

Kontynuujemy naszą podróż w głąb Connecticut. Kolejnym przystankiem na naszej drodze jest klasyczna atrakcja spod znaku „Będzie na bloga”. Otóż, do dzisiaj w calutkim Connecticut zachowały się tylko trzy kryte dachem mosty. Jednym z nich jest Old Comstock Bridge. Zmierzamy na południe główną drogą stanową, po czym w okolicach Colchester skręcamy w lokalną drogę, następnie, minąwszy czwarty dom z prawej strony, skręcamy za nim w stromą podporządkowaną, by szybko w odbić w lewo na żwirową dróżkę. Po pięciu minutach jest i ona – stodoła rozpięta nad rzeką – kapitalna konstrukcja!


Utrzymując się w klimacie dziwnych obiektów budowlanych zmierzamy dalej na południe, by odwiedzić wznoszący się nad rzeką Connecticut Zamek Gillette’a. Na pierwszy rzut oka budowla wygląda jak ruiny średniowiecznego zameczka jakiegoś lokalnego księcia. Ale coś tu nie gra. W średniowieczu, w Ameryce budowano wigwamy, a nie zamki. Z drugiej strony, wszystko gra – „tu je Ameryka, tu wszystko można”. I tak właśnie myślał właściciel tego przybytku. Sławny, broadwayowy aktor William Gillette, w 1919 roku miał kaprys i postanowił zbudować sobie to coś. Kaprysów miał więcej, bowiem obok zamku przejeżdża mała kolej, ze stacją końcową w altanie o nazwie Grand Central. Wszystko to otoczone jest, niespodziewanie zgrabnym, parkiem. Dziwne to, bezsensowne i niepotrzebne, ale w sumie ciekawe. I widok na rzekę pierwszorzędny.


Dzień był raczej szarobury i deszcz, co chwilę skrapiał przednią szybę samochodu. Sens wycieczki do kolejnego miejsca na naszej trasie trochę nam umykał, ponieważ miała to być ogromna księgarnia znana z mnogości terenów zielonych, gdzie można położyć się na trawce i zatopić w lekturze. Dziś nie będzie można… ale nazwa „Stodoła Książek” (Book Barn) sugeruje, że dach jakiś też tam będzie. I rzeczywiście jest. Starty, drewniany budynek, bardziej dom, niż stodoła otoczony jest ścieżkami, ogródkami, placami zabaw dla dzieci, zagrodą z kozami. A wszystko (poza kozami) wypchane jest używanymi książkami przeróżnych, też, tych bardziej znanych aktorów. W głównej „stodole” na samym dole, w piwnicy mieszkają książki historyczne i polityczne, których jest już tyle, że musiały wynająć jeden pokój na parterze, gdzie sąsiadują z ezoterycznymi i psychologicznymi pierdołami. I tak przez całą posesję i w ogrodach, książki podzielone są na kategorie: horrory w domku z permanentną wystawką halloweenową, biografie na regałach wzdłuż dróżki, powieści w ogrodzie przy placu zabaw. A świeże nabytki lądują na półkach opatrzonych napisem ‚Ellis Island’ (jak dawniej imigranci przybywający do Nowego Jorku), by, po wstępnej kwarantannie, zostać wysłanym w głąb krainy marzeń.


Z bagażnikiem wypełnionym książkami i pamiątkami od Dzikiego Billa wracaliśmy do domu napompowani wrażeniami z Connecticut. Nie spodziewaliśmy się takich atrakcji! Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o miasteczko Mystic, by zobaczyć ciekawy (uwaga, uwaga!) most zwodzony, otwierany siłą grawitacji. Przyjechaliśmy tu tylko po to, by stanąć na chwilę, pod zawieszonymi parę metrów nad głową blokami betonu (na oko z 10 ton). Beton!


PS. W poprzednich notkach popełniłem parę (niezbyt wiele) błędów logicznych, ale miałem zbyt dużo zuchwałości, by je poprawiać. Jednak w ostatnim wpisie, błędy te dotyczyły Małżonki i Dumy Narodowej, dlatego uznałem, że muszę je sprostować. Otóż, Małżonka ma chorą tarczycę, nie trzustkę (zatroskana rodzina mówi, że lepiej w tę stronę, ja nie wiem, jak widać dalej wiedza biologiczna mi umyka), a lotnisko w w Stratford nosi imię, rosyjskiego pioniera awiacji, Igora Sikorskiego, a nie polskiego generała. O ile pierwsza pomyłka wzbudziła odrobinę poruszenia w wąskich kręgach rodzinnych, to druga to wręcz zdrada narodowa, dlatego kajam się i proszę o wybaczenie.

New Haven, CT

Ło Jezusie, Maryjo jakaż to była wyprawa! Czytajcie!

Jakbym wam powiedział, że wpis będzie o wycieczce do Connecticut, to byście wzruszyli ramionami i stwierdzili, że, na tym blogu, wcale was to nie dziwi. Connecticut brzmi wystarczająco obojętnie. Potem przez chwilę zastanowilibyście się, czy dobrze napisałem Connecticut, a jeszcze chwilę później spróbowalibyście, w głowie, powiedzieć na głos nazwę tegoż stanu (kenetiket). Otóż ja przeszedłem podobny proces myślowy. Jeszcze z miesiąc temu, jak ktoś napomknął coś o Connecticut, najpierw zastanawiałem się, czy to rzeka, czy stan; potem uznawałem, że to, na pewno, coś mało ważnego wciśniętego między Oklahomę, Kansas i Indianę (znawcy geografii Stanów Zjednoczonych docenią ten wykwintny żart; nieznawcy zajrzą w mapę). Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że granica Connecticut jest jakieś pół godziny drogi od mojego domu! Niech błogosławiony będzie dzień, w którym się o tym dowiedziałem! Bo wtedy też, zacząłem planować wycieczkę! Ale, jaka to była wycieczka – cud, malina, truskawka na torcie!

Wstać mieliśmy, ambitnie, o 6.30 rano, w sobotę. Nie wstaliśmy. Ale i tak wyszliśmy względnie wcześnie. Podekscytowani tym, że udało nam się znaleźć tanie auto, wypełnieni poczuciem wykiwania systemu (najlepsze możliwe uczucie w Nowym Jorku!), wciąż bez ważnego prawa jazdy (nikt się o tym nawet nie zająknął w wypożyczalni), wyruszyliśmy przy fanfarach klaksonów. Małżonka, bardzo rozsądnie, cebulowo, zasugerowała, że jeśli pojedziemy przez Manhattan, to niby stracimy jakieś 20 minut, ale ominiemy płatną bramkę na moście. Pogłaskałem po główce, ucałowałem w czółko, bo dobrze kombinuje małżonka, jednak pomysł szybko odrzuciłem, gdyż jazda samochodem przez Manhattan przeraża mnie mniej więcej tak samo mocno, jak dziewczynka z „Egzorcysty”.

– Zapłacimy, kochanie, stać nas – wymienili uśmiechy i już więcej nie oglądali się za siebie…

Connecticut słynie z uniwersytetu w Yale, mieszkań o korzystnym stosunku cena do odległości od Manhattanu i niezbyt urokliwej linii brzegowej. Z początku nasza wyprawa przebiegała właśnie wzdłuż Atlantyku. Droga mijała nam spokojnie na słuchaniu podcastów o nauce języka polskiego dla początkujących i prowadzeniu uroczych dialogów spod znaku „Kochanie, naprawdę musisz przestać mówić ‚w lewo’ i pokazywać ręką w prawo”. Ta sielanka szybko jednak musiała zostać przerwana. Pisk opon, trzaśnięcie drzwiami, energiczny wyskok zza kierownicy i to już – przystanek pierwszy.

Dotrzeć chcieliśmy do Pleasure Beach (Plaża Przyjemności), ale na miejscu okazało się, że dostać na nią można się tylko niedziałającym promem, albo spacerując wzdłuż wybrzeża przez jakieś pół godziny. Siąpił lekki kapuśniaczek, wybór, więc wydawał się oczywisty. I już mieliśmy się zbierać z naszego nadmorskiego parkingu z powrotem w odmęty nudnego miasteczka Bridgeport, gdy dojrzeliśmy leżącą na plaży kwintesencję naszych wypraw. Otóż, jak mówi małżonka, w naszych wycieczkach najlepsze jest to, że jak już zaczynamy gubić sens, po odwiedzeniu piątego z rzędu miejsca, w którym najciekawsza była budka z lodami (lub coś podobnie nieinspirującego), to nagle natrafiamy na kwintesencję – coś, czego jeszcze w życiu nie widzieliśmy, nie doświadczyliśmy! Jak się miało później okazać, Connecticut jest wypełnione kwintesencjami! I pierwsza z nich leżała przed nami, na plaży, w postaci góry chitynowych pancerzyków i innych muszelek. W jednym momencie sens wszystkich spacerów nad Bałtykiem w poszukiwaniu muszelek zniknął. Na Long Beach w Bridgeport, bowiem, moi drodzy, muszle zbiera się wiadrami.


Odjeżdżaliśmy w deszczu, po drodze zahaczając, z czysto patriotycznego obowiązku, o lotnisko Generała Sikorskiego. Nazywanie miejsc imieniem Polaków ZAMORDOWANYCH HANIEBNIE w katastrofach lotniczych staje się ostatnio bardzo popularne. Jednak i w tym Amerykanie okazali się być pierwsi! Lądowisko było jednak mocno nieciekawe, więc szybko ruszyliśmy w dalszą drogę. Stanęło przed nami zadanie dotarcia z zadupia A (Bridgeport) do zadupia B (Milford), i jak to w Stanach zazwyczaj bywa, najprostszy sposób przemieszczenia się między zadupiami, to 8 minut czteropasmową autostradą międzystanową.

Charles Island, wyspa, na którą w zależności od pory dnia, dostać się można, lub nie, o suchym bucie – taki opis, w streszczeniu, znalazłem w internetach. „Potencjał na bloga niezmierzony. Spokojnie będzie w Top 3 atrakcji opisanych dotychczas” – myślę sobie. Myślę i jadę. A na miejscu wyspa potwierdza opis:

– Widzisz tę ścieżkę? – pyta – Jakbyś wstał wcześniej, to może byś zdążył na odpływ, i może byś i tu wszedł. A tak to, o suchym bucie, nie da rady.

Nie, to nie. Ale za to, jakie piękne zdjęcie, symbolizujące człowiecze dążenie do iluzyjnie dostępnego, acz nieosiągalnego celu, zrobić można.

Pora na brunch. Zadupie B (Milford) okazało się całkiem ogarniętym miejscem. Wszystko tu mieli – i supermarket, i apteki, które w Stanach poza lekami sprzedają wszystko, od pamiątek turystycznych po serek pleśniowy, i McDonald’s, i Hooters („Mariusz, nie idziemy ZNOWU do Hooters!”), i stację benzynową. Skoro jednak, jeśli wpadniysz między wrony, musisz krakać jak i ony, to na spóźnione śniadanie wybraliśmy klasyczną, amerykańską, przydrożną jadłodajnię.

Klasycznie oschła kelnerka zaoferowała nam klasyczną, filtrowaną kawę; po trzech minutach klasycznie zapytała, czy dolać, po czym klasycznie zniknęła na 15 minut, zostawiając nas z klasycznie wypchanym do granic możliwości menu. Wszystko tu można zjeść. A wiadomo, jeśli można wszystko, to pewnie nic nie warto, więc bezpiecznie wybrałem coś z przodu listy. Okazało się to być klasyczne danie śniadaniowe – Omlet z domowymi smażonymi (Home Fries). Domowe smażone to takie nasze prażone (w niektórych regionach kraju – prażoki), tylko, że gorsze i tłustsze – bardzo popularne danie! Po sytym i przeciętnym posiłku, spełniającym nasze wszelkie wyobrażenia o śniadaniu w klasycznej, przydrożnej jadłodajni, ruszyliśmy dalej.

Powołując się na badania zamawiane przez amerykańskie uniwersytety, stwierdza się, że 58% najlepszych uczelni wyższych na świecie znajduje się na terytorium Stanów Zjednoczonych. O badania na temat najdroższych uniwersytetów, amerykańskie szkoły nie prosiły. Jednak z dużym prawdopodobieństwem, można powiedzieć, że w czołówce takiegoż zestawienia, znalazłoby się osiem uniwersytetów wchodzących w skład tzw. Ligi Bluszczowej (Ivy League). Są to najstarsze, najznamienitsze szkoły w Ameryce, zakładane, często, jeszcze zanim kolonie połączyły się w jeden organizm państwowy. Harvard znają wszyscy, na Columbii architekturę wykładał Ted Mosby, w Penn State studiował Donald J. Trump, Princeton jest niedaleko fikcyjnego szpitala zarządzanego przez Dr Cuddy; a z pozostałej reszty pewnie najbardziej rozpoznawalny jest Uniwersytet Yale w New Haven (reszta to Cornell, Dartmouth i Brown). Wszystkie cechują się bardzo europejsko-hogwartową architekturą, pięknymi kampusami i stowarzyszeniami, bractwami takimi jak: alfa, beta, gamma, delta (…) omega, umarłych poetów. Na Yale najbardziej znanym i podobno bardzo wpływowym na całym świecie (są częścią Illuminati!) jest Stowarzyszenie Czaszki i Kości (Skull and Bones). Siedzibą jest Grobowiec – budynek na tyle nieciekawy, że nawet zapomniałem mu zrobić zdjęcie.

Po całkowicie przeciwnej stronie architektonicznego spektrum znajduje się przepiękny, marmurowy, bezokienny (dla ochrony materiałów przed promieniami słonecznymi) budynek Biblioteki Rzadkich Ksiąg i Manuskryptów Beineckego (Beinecke Rare Books & Manuscripts Library). Zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz budynek urzeka.

Biologia zawsze mnie nudziła. Mogę gadać o historii, architekturze, geografii, chemii, matematyce, czymkolwiek, ale z bioli zawsze miałem dopa (takiego wewnętrznego, bo w dzienniku się nie liczy). Do dziś nie wiem, po co nam trzustka, choć czytałem o tym z pińcet razy. Ej, właśnie se uświadomiłem, że małżonka ma chorą trzustkę, a ja nawet nie wiem, co to oznacza. Idę przeczytać jeszcze raz.

Dobra, ale o śledzionie nic wiedzieć nie muszę, nie? Mimo mojego braku zainteresowania, postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedno miejsce na Yale – Kolekcję Mózgów Cushinga. Gość jest, ponoć, ojcem neurochirurgii i wydaje mi się, że „Housie” czasem diagnozowali Syndrom Cushinga. Nie wiem, nie znam się. Wiem za to, że kolekcję potrafi odjebać konkretną. Odnaleziona przypadkowo w latach 90-tych przez studentów błąkających się po piwnicach szpitala uniwersyteckiego, szybko dała początek kolejnemu, tajnemu stowarzyszeniu – Mózgu (Brain Society). Po paru latach uznano, że kolekcja zasługuje na trochę więcej niż miejsce na zakurzonych półkach, w ciemnej uniwersyteckiej piwnicy. Starto więc brud, oświetlono pomieszczenie. I już! Można było zaprosić zwiedzających. Ale ale, moi drodzy, nie tak łatwo się tam dostać! Wylegitymują dwa razy, zabiorą dowód, powiedzą „korytarzem do przodu, trzecia w lewo, dwa piętra w dół schodami, druga w prawo, i siódme drzwi na lewo, proszę sobie otworzyć tym kluczem” i wyślą na zatracenie. Pobłądziliśmy odrobinę, jednak minąwszy kompletny szkielet giganta wiedzieliśmy już, że jesteśmy na dobrym tropie. Kolekcja jest niesamowita! Słoiki z fragmentami mózgów robią najmniejsze, choć wciąż piorunujące wrażenie. Nie przebijają, jednak malutkich czaszek schowanych w szufladzie, albo stojącego szkieletu noworodka. O, albo płód rozłożony w innej szufladzie na czynniki (kosteczki) pierwsze. Dodatkowo Cushing miał zwyczaj fotografować swoich pacjentów, i już same te zdjęcia są niesamowite! Mimo, że jest to kolekcja czysto naukowa, to nie sposób było nie odnieść wrażenia, że zamknięte drzwi, już się więcej nie otworzą, światła za chwilę zgasną, a następni zwiedzający podziwiać będą nasze mózgi w słoikach. Wrażenie potęgował fakt, że przez cały czas w pokoju byliśmy zupełnie sami.

By rozwiać odrobinę mroczne myśli postanowiliśmy odwiedzić sklep z pamiątkami. Ale jakiż to sklep był! Gdzieś, w pół drogi między New Haven, a Hartford (dwa najważniejsze miasta Connecticut), znajduje się miasteczko o trafnej nazwie, Middletown. Po dotarciu tamże, proszę unikać centrum! Wręcz przeciwnie, wjechać należy w najmniej charakterystyczne uliczki, które wydają się prowadzić na jakieś pola uprawne. I w pewnym momencie, całkowicie pośrodku niczego, przy drodze ustawione będą trzy samochody balansujące pionowo na piłkach oraz, zalany betonem, niebieski Garbus, atakowany przez szkielet czworonoga o smutnej, ludzkiej twarzy z rogami. Brzmi pojebanie? Taki właśnie jest Nostalgiczny Sklep Dzikiego Billa (Wild Bill’s Nostalgia Store). Na dachu sklepu – wielka podobizna Dzikiego Billa, na ścianach – Marylin Monroe na jednorożcu, goryl, Jim Morrison, wilk, Jimi Hendrix, logo Woodstocku, gitara, grzyby, wszystko. Poza tym, na posesji znaleźć można jeszcze niedokończony Dom Strachu, pomalowanego volkswagena „ogórka”, przerdzewiałe łodzie i zamek. A w środku sklepu? Jeszcze lepiej: winyle, plakaty, bobbleheady (takie lalki z dużymi trzęsącymi się głowami), Playboye z lat 60-tych, przypinki, flagi; wszystko, co amerykańskie na pewno jest w tym sklepie. Może się nie udać tego znaleźć, ale to coś na pewno tam jest. A za kasą stoi Dziki Bill, 70-letni hipis o długiej siwej brodzie i ciągle uśmiechniętej twarzy. Z każdym pogada (a ruch ma spory), opowie jakąś historię, powspomina jak to było, gdy Bob Dylan jeszcze umiał śpiewać. Magiczne doświadczenie!

Trochę się rozckliwiłem, ale to, dlatego, że dosłownie w trakcie pisania tej notki, dowiedziałem się z internetów, że Dziki Bill zmarł w miniony wtorek (11-stego kwietnia). Sprawił na mnie wrażenie naprawdę wyjątkowego człowieka. Cóż, cieszę się, że miałem okazję go spotkać.

West Point, NY

Budzimy się całkiem wcześnie. Jest niedziela rano, a my jesteśmy w Poughkeepsie. Mieszane uczucia wczorajszego wieczoru, pragniemy skonfrontować ze słoneczną wersją miasteczka. Pogoda do tego idealna.

Cóż, za dnia, Poughkeepsie jest odrobinę przyjemniejsze, jednak wciąż wydaje się raczej wymarłe. Szukamy miejsca na śniadanie. Przechodzimy obok paru knajp – wszystkie wyglądają na opuszczone. Po chwili uświadamiamy sobie – może, dlatego tutaj maluje się elewacje nieistniejących biznesów na ścianach budynków, bo istniejących jest tak mało, że czymś ludzi trzeba oszukać.

Posiłkujemy się Internetem, bo wydaję się niewiarygodne, że w Poughkeepsie nie da się zjeść śniadania na mieście, i nagle okazuje się, że to zaniedbane miejsce z szyldem inspirowanym siecią sklepów „Społem”, obok którego przeszliśmy już z 3 razy, jest funkcjonującą, dobrze ocenianą restauracją. Wchodzimy i ku naszemu zaskoczeniu, wnętrze okazuje się być pełnym uroku lokalem, gdzie najmłodsza kelnerka ma z 53 lata i wszystkie odnoszą się do nas per „dzieci” – „Czego się napijecie, dzieci drogie?”, „Dzieci, co chcecie na śniadanko?”, „Pojedzeni? Coś mocniejszego może, dzieciątka?”. A i wspaniały, amerykański zwyczaj nielimitowanej dolewki na kawę jest tu, jak najbardziej, kultywowany.

IMG_0625
Poughkeepsie, poza pamiętnym centrum miasta, ma do zaoferowania jeszcze jedną atrakcję – stary most kolejowy, przerobiony na ścieżkę dla pieszych i rowerzystów. Idziemy więc na spacer. Jak dotąd, tego ranka, na ulicach Poughkeepsie spotkaliśmy jakieś 17 osób, z czego 13 było na śniadaniu. Na moście znajdujemy pozostałą część 30-tysięcznej populacji miasteczka. Od momentu adaptacji dla pieszych, okazał się on być wielkim hitem wśród mieszkańców i turystów. I słusznie, bo, i widoki cieszą oko, i odległość od szemranego centrum miasta jest wystarczająca, by ukoić rozkołatane serce. Oczywiście, nie mogło na nim zabraknąć flagi ludzi wolnych!


Scena rodzajowa – Słońce powoli wtacza się na nieboskłon, mgła podnosi się z równiutko ostrzyżonej trawy i w oddali słychać wojskowy krzyk, a za nim tupot nóg. Najazd kamery na oddział młodych kadetów, biegnących już 47 kilometr tego ranka, podczas gdy, zły jak osa generał wciąż na nich krzyczy, że są maminsynkami niegodnymi umierać za honor Ameryki!

Nasz następny przystanek jest w miejscu, gdzie wspomniani kadeci, tę godność próbują uzyskać. Akademia w West Point jest symbolem wszystkiego, co dobre i wielkie w szkoleniu wojskowym. Lee, Sherman, Grant, MacArthur, Eisenhower, Patton, Aldrin – to tylko ci bardziej znani absolwenci West Point. A jeśli wam te nazwiska nic nie mówią, to jest jeszcze jedno. Człowiek, który jest upamiętniany na każdym kroku w Stanach – Thaddeus Kosciuszko. W West Point stacjonował, wygrywał bitwy, budował budowle, bronił przed Anglikami i, najważniejsze, zaprojektował ogród! A i może drugie najważniejsze. Niektórzy przypisują Kościuszce pomysł, który przechylił szalę wojny o niepodległość w okolicach nowojorskich. Otóż, angielscy imperialiści, jak wiadomo, w ówczesnych czasach, całkowicie zdominowali transport wodny i używali rzeki Hudson, jako połączenia między Nowym Jorkiem, a miejscowościami położonymi na północ. Rebelianci byli za słabi, żeby kontrolować rzekę na całej długości, więc Kościuszko (ponoć) wpadł na pomysł, żeby zaraz przy West Point rozciągnąć ogromny łańcuch w poprzek rzeki. I tak transport rzeką ustał. Cóż, szkoda, że ruskich na łańcuch nie złapał.

Masywny ośrodek można zwiedzać tylko w zorganizowanych grupach, które są obwożone autobusem po terenach szkoły. Całość jest ciekawą mieszanką piękna natury, wojskowej surowości, kolonialnej i współczesnej architektury oraz poczucia, że jesteś w centrum amerykańskiego filmu z lat 80-tych i już za chwilę zostaniesz uderzony, w tył głowy, piłką futbolową i wyśmiany przez grupkę, ubranych w przykrótkie high-schoolowe kurtki, młodzieńców (na końcu i tak się okaże, że to ty będziesz bohaterem i uratujesz życie na wojnie Chadowi, szefowi ekipy). Wrażenie robi kaplica, w której nawet biblie i śpiewniki stoją na baczność w równiutkich szeregach.


Ostatnią atrakcją na naszej drodze była niewielka wioska o nazwie Sleepy Hollow. Znana w popkulturze głównie z powodu bezgłowego jeźdźca ścigającego niewinnych ludzi. Przypuszczalnie to nazwa (Senna Głusza – tł. ja) spowodowała, że miejsce w masowej wyobraźni uchodzi za nawiedzone i przerażające, przez co, idealnie nadaje się na miano regionalnego centrum Halloweenowego. Dodatkowo, największą atrakcją wioski, oczywiście, jest cmentarz, na którym leży dużo znanych osób, których nazwiska mi nic nie mówią. Na co dzień, raczej nudna i spokojna osada, w okolicach października i listopada, ożywa i wypełnia się różnej maści umarlakami. Zdecydowanie bardziej polecam odwiedziny Sleepy Hollow na jesieni niż w lutym.

My, niestety, zasiedzieliśmy się trochę w West Point i nie zdążyliśmy odwiedzić cmentarza (skoro wioska uchodzi za miejsce nawiedzone, to, jaki jest sens w zamykaniu cmentarza o 16:30?!). Godziny otwarcia okazały się problematyczne nie tylko dla nas, ale też dla miłego pana, który zgubił poczucie czasu na cmentarzu i zastaliśmy go, wraz z jego samochodem, zamkniętego za cmentarną bramą, owiniętą trzema łańcuchami. Może lepiej, że nie zdążyliśmy…

Poughkeepsie, NY

Piękny dzień, piękna pogoda. Idealny dzień, żeby zrobić ROAD TRIP! Wstajemy więc wraz z małżonką w ten wczesny sobotni poranek, uderzamy na prędkości do najbliższej wypożyczalni samochodów, zostajemy uderzeni horrendalnymi kosztami nowojorskich usług, ale przecież teraz nie zrezygnujemy! Jeszcze tylko OC, AC, NW, OMG, WTF i już możemy jechać. I tu pojawia się pierwszy problem. Kto będzie prowadził? Trzeba z tej bestii-miasta wyjechać najpierw, czego małżonka nie chcę robić; a ja owszem z chęcią, ale będąc dobrym obywatelem, najpierw zapoznałem się z obowiązującym prawodawstwem. Dowiedziałem, się, że wbrew temu, czym Cejrowski, piewca amerykańskości, karmi polską tłuszczę (w tym mnie, gorliwego słuchacza), że niby prawo jazdy można w Stanach spokojnie swoje polskie zamienić na ichnie, wcale tak łatwo nie będzie. Można wręcz powiedzieć, że będzie całkowicie skomplikowanie. Bo nie dość, że muszę cały test na prawo jazdy od nowa zdać, to jeszcze muszę się zdecydować, gdzie chcę to zrobić, bo każdy stan ma oddzielny dokument. Mój obecny stan zawieszenia między Nowym Jorkiem, a Pensylwanią, decyzji nie ułatwia, toteż, po dorosłemu, postanowiłem, że zajmę się tym później. Jak to mówią jednak, dopóki cię nie złapią, dopóty cię nie złapią. Dlatego wsiadłem za kierownicę i hej, w góry w góry w góry popatrz tam wstaje blady świt…

Tak, naprawdę, to w górę; w górę stanu – upstate – tak się tu mówi. Uznaliśmy, że celem naszej wycieczki będzie miasteczko o wdzięcznej nazwie – Poughkeepsie. Powodem wyboru, był fakt, że miasteczko to ma bardzo wdzięczną nazwę, która mi się zawsze podobała. Z czego Poughkeepsie jest znane? Otóż, w dziesiątym odcinku, czwartego sezonu uwielbianego przez wszystkich serialu „Przyjaciele” Ross poznaje w pociągu dziewczynę z Poughkeepsie. Jeżeli wydaje wam się, że to może być niewiele, by usprawiedliwić wizytę w tym mieście, to wydaje wam się, dokładnie tak samo jak mi. Dlatego, zaplanowałem szereg atrakcji o podobnej randze, które odwiedzimy po drodze do punktu docelowego

Atrakcja 1 – Dolina Siedmiu Jezior w parku stanowym Harriman.

Trzeba od razu zaznaczyć, że zarówno Poughkeepsie, jak i wszystkie pozostałe atrakcje na naszej drodze, położone są wzdłuż rzeki Hudson. Jeżeli komuś się Hudson w ogóle z czymś kojarzy, to najprawdopodobniej jest to, ta woda po lewej stronie Manhattanu oddzielająca wszystko, co godne, od tego, co niegodne (New Jersey). Otóż jak się pojedzie troszkę na północ, to ‘ta woda’ zamienia się w majestatyczną, meandrującą, mieniącą się wszelkimi kolorami rzekę.

Po dziurawych amerykańskich drogach (rób Pan te infrastrukture Panie Trump) wyjeżdżamy z bestii i ledwośmy z małżonką zdążyli polubownie ustalić, że nie tak się kurwa instruuje kierowcę, gdzie ma jechać (!), a tu już monument. Tappan Zee Bridge, prowadzi nas na drugą stronę brzegu.

Jak ktoś chce się przejechać po tym największym na rzece Hudson moście, który w chwili obecnej funkcjonuje już 12 lat dłużej niż powinien (projektowany był tylko na 50 lat, bo mieli mało stali w ’55 – wszystko szło na wojnę w Korei), to musi się pośpieszyć, bo bodajże w tym roku mają otworzyć most zastępczy, powstający w bezpośrednim sąsiedztwie. Choć, jako fachman – inzinier twierdzę, że jeszcze ze dwa lata mają do końca.

Dojeżdżamy do pierwszego jeziora, gdzie, przy budce strażników (Rangers – tacy opiekuni parków narodowych) wita nas ten pan.

cartoons3_18608_815321

– Nie pojeździcie za dużo, drogi jeszcze śniegiem zawalone, jeziora pozamarzane. Tu się w lecie przyjeżdża opalać i łódkami pływać – mówi nam rezolutnie.

Pochodziliśmy troszkę, całkiem przyjemnie, ale bez szału. Zbieramy się, bo głodni. Najciekawszym dla mnie elementem Doliny Siedmiu Jezior była mała wioska mobilnych domków (trailer house).

IMG_0535

W kraju gdzie królem i królową jest Syn Niebieski i jego… matka (?!), gdzie orzeł dumnie patrzy w prawo, bo z lewej lewactwo, gdzie każdy dom ma porządny fundamynt, ścianę z cegły i więźbę wyciosaną na pióro i wpust, nie do pomyślenia jest, by mieszkać w czymś takim. Ale tu je Ameryka, tu je lepi!

W drodze do Poughkeepsie mijamy kolejny piękny most – Niedźwiedziej Góry (Bear Mountain Bridge). Na wypadek, gdyby ktoś z Was zamierzał popełnić samobójstwo, to polecam ten most. Plakietka informacyjna może spowoduje, że się rozmyślicie. Posłuchajcie plakietki.

Atrakcja 2 – Szuwary Konstytucyjne

Chwilę później zatrzymujemy się w malutkim miasteczku Garrison, bo w internetach pisali, że tu można zdrowo pochodzić. Wybraliśmy dwie trasy. Pierwsza była tak nudna, że nie zasługuje nawet na miejsce na tym blogu. Druga za to, całkiem spoko.

Wspinamy się na małą górkę, wznoszącą się na prawym brzegu rzeki. Widoki piękne na tyle, że ktoś rozsądnie postanowił na szczycie górki postawić drewnianą ławeczkę. Można przyjść, siąść, pić wino i patrzeć w dolinę. Ale, nie ze mną te numery. Idziemy dalej, żadne odpoczywania. Schodzimy, z drugiej strony góry i ukazuje się oczom naszym mnogość trzcin i traw wszelakich. A pośród nich, zagubiona ścieżynka, nie wiedzieć, czemu istniejąca, i gdzie prowadząca. Ktoś ją tu naprędce zbił porządnie z desek, postawił na solidnych palach, zabezpieczył nowoczesnymi barierkami, powtykał tablice informacyjne opisujące lokalną przyrodę i zostawił na pewną zgubę. Urocze miejsce.


Atrakcja 3 – Poughkeepsie

Wracamy przez tę samą górkę, siadamy na dwusekundowy odpoczynek na ławce i zawijamy w drogę do Poughkeepsie. Do miasta docieramy wieczorem, już po zmierzchu. Kto powiedział jednak, że nie można centrum miasteczka w nocy pozwiedzać. No cóż, w Poughkeepsie powiedziałby to każdy. Rozsądnie postanawiamy pospacerować tylko po głównej ulicy miasta. Uczucie trochę jak w Wadowicach o 22 w piątek. Ze dwie restauracje jeszcze otwarte, ale raczej świecą pustkami, mały tłum widać w okolicach pubu, z którego słychać Black Sabbath, osobna grupka kłębi się wokół jaskrawo oświetlonej budki z kebabem (tutaj to bardziej fried chicken, ale typ miejscówy taki sam). Jednak jest coś niepokojącego. Na ulicy, co krok mijają nas podejrzanie wyglądający ludzie mrucząc coś pod nosem. Małżonka jeszcze może uchodzić za swojego, ale ja z tą bladą jak górna cześć polskiej flagi twarzą, ewidentnie nie pasuje do towarzystwa. Nie robimy zdjęć, bo trochę boimy się wyciągać telefony. Próbuję racjonalizować, tłumaczyć sobie, że wcale nie jest tak źle, uspokajam małżonkę, ale z tyłu głowy pojawia się cały czas pytanie: skoro tak wygląda centrum miasta, to jak się reszta prezentuje. I tak idę spięty, obserwując każdy zakamarek. Odmawiamy grzecznie grupce czarnoskórych nastolatków, zapraszających nas na wspólną imprezę w podziemiach tej budki ze smażonym kurczakiem. Dojrzewa w nas myśl o tym, żeby iść spać na głodno i nagle staje się to, czego się najbardziej obawiałem. Ktoś za moimi plecami szturcha mnie w ramię. Obracam się, udając spokój, i nagle jakieś dwa centymetry od mojego nosa spotykam twarz roześmianej, na oko czterdziestoletniej, choć wyglądającej na 60 lat, kobiety.

– Siema, co wy tu robicie o tej porze? Chcecie coś zjeść? Tutaj dajemy jedzenie na ulicy. Nie? Po coście tu przyjechali? Skąd jesteście? Z Polski? O Przechuuuuuuuuuuuuuujjjjjj, jakżeś się ty tu znalazł? – strzela do nas pytaniami.

Szybko dołącza do niej koleżanka na czterokołowym motorku dla staruszków i zaczynają tłumaczyć, że nic nam nie będzie, że Poughkeepsie może się wydawać szemrane, ale jest spoko, że musimy spróbować tej a tej restauracji, że one tu pomagają ćpunom i bezdomnym, że, co sobotę się tu ustawiają z jedzeniem i ubraniami do rozdania, i że teraz to mają sztamę z wszystkimi i że jak się na nie powołamy to nas nic złego w Poughkeepsie nie spotka i, że na pewno usłyszymy oferty sprzedaży od paru typków na ulicy (tutaj czterdziestolatka wyglądająca na 60 lat bardzo profesjonalnie, nie pozostawiając wątpliwości, czemu zawdzięcza swój wygląd, zaprezentowała sposób, w jaki się sprzedaje dragi turystom), ale mamy grzecznie odmawiać i nic się nam nie stanie. Pogadaliśmy chwilę i tylko trochę spokojniejsi poszliśmy dalej. Na kolacje zatrzymaliśmy się w klasycznym, przewspaniałym, wcześniej wspomnianym pubie dla rockersów. Wypełniony ludźmi w skórzanych kurtkach i bandanach na głowach oraz muzyką Bon Jovi i Bruce’a Springsteena pub okazał się być o niebo lepszy niż wadowickie Retro. I burgery też cudowne.

 

Port Richmond, PA – część 2

Na czym ja żem to skończył? A, na opowieści o najważniejszym „panie kierowniku” w USA Rudolfie Modrzejewskim. Dążmy do meritum sprawy jednak – do niedzielnego obiadu. Kto nie wie, o czym mowa, niech wróci do notki poniżej, gdzie znajduje się streszczenie tejże notki w formie kompletnej notki.

Park Generała Pułaskiego, skąd patrzyłem na piękny most Beniamina Franklina, nie zachwyca. Mały, brudny, niesprzątany od pewnie dziesięciu lat, przynajmniej. Typowe miejsce, gdzie szesnastolatki wybierają się na piwko nad rzeką i blanta.  Nie odwiedzajcie. Choć z drugiej strony, może warto? Żeby odświeżyć pamięć o prawdziwych polskich bohaterach, takich, co to swoich nie mordowali (zdanie pisane pierwszego Marca, stąd widoczne wzburzenie i upolitycznienie – przepraszam). Chociaż nie, to nie swoi, to żydokomuna była!
Ależ mi się piękne nawiązanie do tego, co w dalszej części opowieści zrobiło! Poczekajcie.

Wychodzę, więc z tego parku, napatrzywszy się już na rzekę i przypominam sobie, że od 3 godzin się głodny błąkam po tej szemranej okolicy. Ale mam plan – „Dinner House” – dla wtajemniczonych „Bar u Pani Ani”.

img_20170129_125923107_hdr
Z zewnątrz wygląda całkiem zachęcająco. Szyld nawet z tych nowszych, widać, że właściciel nie słucha się okolicznych trendsetterów i uznał, że siermiężny styl z przełomu lat 80-tych i 90-tych nie spełnia się, do końca, w 2017. Wchodzę rozochocony, przekraczam próg i… uznajmy, że na razie kasy starczyło tylko na remont elewacji. Choć trzeba przyznać, że poczucie swojskości epatuje z każdego najmniejszego elementu wystroju wnętrza. Czasami swojskość ta pachnie gotowanymi ziemniakami i skwarkami skwierczącymi w kuchni na zapleczu; czasami aż śmierdzi, jak w przypadku ujebanej tapicerki na dwuosobowej ławce przy stole; a czasami jest całkiem bezzapachowa, jak te kwiaty sztuczne stojące na ladzie. Jednym słowem, trochę jak barmleczny (musiałem to zmienić w jednosłów).

A Pani Ania już biegnie z kuchni i zdziwiona widokiem niestałego klienta, lekko nieśmiało (od razu widać, że zbudowała renomę miejsca na swoich umiejętnościach gastronomicznych, a nie na salesmanship), lecz do cna serdecznie pyta, co bym zjadł. Ach jakaż radość w jej oczach się pojawiła, usłyszawszy mą odpowiedź, JEDYNĄ, dobrą odpowiedź. I pobiegła do kuchni kuchcić.

Rozglądam się po barze. Miejsc 12, osób 3. Ja jestem czwarty. Zasiadam, więc na ławie (tej drugiej, trochę mniej ujebanej) kładę ręce na stole i czuję, że cerata suchą ścierką przelaciana tylko. Ale nie zrażam się, bo jednak czuć tu Polską!

Po chwili Pani Ania wnosi danie – największy kotlet schabowy na świecie. Biorę w dłonie aluminiowe sztućce i czuję jak ta krowa tak delikatna i tak pożywna zarazem, rozpływa się moich ustach, i odnoszę wrażenie, jakby to sam Bóg przemawiał do mnie, poprzez tę krowę, a chwilę potem błogosławił mi idealnym balansem słodyczy i kwasowości najcudowniejszej kapusty zasmażanej. Ziemniaki też dobre. Oniemiały z zachwytu jem spokojnie, po czym, dziękuję serdecznie, chwalę kunszt Pani Ani i już nie pamiętam o tej ceracie i tapicerce, bo mi plusy przesłoniły minusy.

Każdy Polak po jedzeniu, nie zapomni o czarnej kawie! Port Richmond wyciąga do mnie pomocną dłoń i widzę w telefonie, że niedaleko mnie znajduje się dobrze oceniana „New Wave Cafe”. Od razu oczami wyobraźni widzę małą, gustowną knajpkę serwującą pyszną kawę i The Cure z głośników. Odrobinę się jednak zawiodłem, gdy zobaczyłem to:

9

Ewidentnie właściciel miejscówy ma co innego na myśli myśląc o „nowej fali”. Wchodzę do środka, mimo wszystko.

– Dzień dobry, co podać? – mówi po polsku całkiem przystojna barmanka. Akcent amerykański nie do podrobienia.
– Mogę prosić czarną kawę?
– Ale to ja będę musiała zrobić!
Yyyy, dobrze. – (nie zakładałem, że będzie na mnie już czekać zrobiona).

Patrzę po „New Wave Cafe„. Zwykły bar osiedlowy. Z przodu lada, z tyłu trochę miejsc siedzących. Jest niedziela, godzina 13:00. Przy barze siedzi starszy gość, sądząc po dwóch pustych kuflach, przy trzecim piwie oraz równie leciwa pani – kucharka tego przybytku, który jest trochę wszystkim w jednym – barem, restauracją, miejscówą na sobotnią, wieśniacką potańcówę; najmniej z wszystkiego to to chyba jest kawiarnią (choć czytając szyld można się było tego spodziewać). Barmanka ROBI kawę, a ja siadam przy ladzie, zaraz pod telewizorem, gdzie lecą „Wydarzenia” Polsatu. Cisza nie trwa długo. Zainspirowany najświeższymi wiadomościami starszy gość rozpoczął dyskusję z dwiema paniami. Zacząłem się przysłuchiwać, popijając moją, o dziwo, całkiem sensowną, kawę. W ciągu 30 minut Pan, na potrzeby opowieści powiedzmy, że na przykład, Janusz, zdołał opowiedzieć o tym, że:

a) i bardzo dobrze, brawo Trump, trzeba tych arabów wszystkich stąd wypierdolić, ja to bym ich sam chętnie wystrzelał
b) ja to nie mam pistoletu i dobrze, bo tak to bym już dawno w więzieniu siedział bo bym tych żydów skurwysynów zaraz zastrzelił
c) jakie World Trade Center??!! Żydy to o tym wszystkim wiedziały, i co? Nic nie zrobiły. Ja to bym zaraz wysłał rakietę jedną, drugą i rozwalił te samoloty (tu wtrąciłem się do dyskusji kwestionując moralne decyzje pana Janusza, mówiąc, iż przecież nie można było wiedzieć, że te samoloty zostaną wycelowane w wieżowce – na co, on roztropnie odpowiedział, że jak to nie wiadomo, żydy to wszystko ukartowały)
d) jak ruskie szły z frontem to jego wujek im amunicję podkradał i on by, na pewno, tak samo robił tym sowietom skurwysynom
e) Tusk niech lepiej leci na skargę do swojego kumpla Putina – wrak oddawaj sukinsynu!

A dwie panie potakiwały, chociaż pewnie głównie dla świętego spokoju, bo chciały obejrzeć telewizję.

Wypiłem dwie czarne, obejrzałem „Fakty” TVN po raz pierwszy od kilku lat i poszedłem. Taka to moja wizyta w małej filadelfijskiej Polsce.

Czasami słyszę opowieści o Polakach mieszkających od dawna w Stanach i ich zaskoczeniu po odwiedzeniu Polski w ostatnich latach. Pozytywnym zaskoczeniu tym, ile zmian zaszło w naszym kraju. I tak sobie myślę, że ci ludzie przyjechali do Ameryki w latach 80-tych i 90-tych i stworzyli sobie tutaj namiastkę ojczyzny, do której z pewnością tęsknią. Ojczyzna jednak przez 30 lat się sporo zmieniła, a namiastka wciąż tkwi zawieszona w bezczasie. Bo im to wystarczy, mimo, że z Polską tak naprawdę, to niewiele ma już wspólnego.

Port Richmond, PA

Niedziela rano; z rodziną już poskajpowane – wszystko u nich w porządku. U mnie? Też, siedzę sam w ciasnym pokoiku w Filadelfii, pijąc wino z kubka z napisem „Wine Connoisseur”. Niedziela rano i wino?! Pojebało?! OK, nie pije – to taka figura retoryczna była. Dobra, idę po kawę do wspaniałej kawiarni na dzielni – naprawdę wspaniała. Filadelfia jest trochę jak Kraków – tutaj wciąż można znaleźć, w centrum miasta, mała knajpę, serwującą kawę, która nie jest Starbucksem, Costą, czy Pret-a-Manger (ale croissanta migdałowego by wdupcył z chęcią). Na polu (i tak nikt spoza południa Polski nie czyta) słonecznie – piękny zimowy dzień, jakieś 37 stopni. Trzeba by z niego skorzystać. Rozmowa z Wadowicami wzbudziła we mnie tęsknotę za domem, za rodziną. A tu co – sam siedzę w ciasnym pokoiku w Filadelfii. W jakiż więc sposób stworzyć sobie namiastkę domu? Jest tylko jedna poprawna odpowiedź na to pytanie: Trójca Przenajświętsza – ziemniaki, kotlet schabowy i kapusta zasmażana!

Gdybym był w Niu Jorku, to nie byłoby żadnego problemu. Wyszedłbym z domu, 40 minut spaceru i już jestem na osławionym przez górali Greenpoicie. A na nimże – KARCZMA BROOKLYN, gdzie dziewczę w stroju ludowym, o oczach krasnych jak jagody, i pośladkach tak jędrnych, że orzechów nie potrzebuje gryźć, jeno je na ławie ułoży i z nagła przysiędzie, to ci się wszystkie tak pokruszą, jakobyś je młyńskim kamieniem przycisnął, zaraz cię pięknie ugości i nie wypuści ze swych objęć, póki więcej pierogów i bigosu już w siebie nie wmusisz. I nawet Żywca z sokiem, jakeś dzioucha, napić się tez możesz! (ok, teraz serio, czy ktoś kiedykolwiek pił piwo z sokiem za granicą?! czy to jest nasz narodowy genialny wymysł?).

Ale jestem w Fili. Tutaj niby też Polaków całkiem sporo. Jest ośrodek Polski, jest dom, w którym mieszkał Kościuszko, jest posąg Kopernika i jest też polskie miasteczko – Port Richmond. Nikt o nim nigdy nie slyszał, a w pracy mi powiedzieli – nie jedź tam. No to pojechałem.

Wysiadłem z metra i serce mi raczej nie roście. Jestem na pustej głównej ulicy, a wzdłuż niej brzydkie domki szeregowe, zaniedbane ogródki, śmieci gnijące w rynsztoku i jedynymi ładnymi budynkami w okolicy są kościoły.

To jest ta mała Polska? Twarze na ulicach raczej bardziej czarne lub latynoskie – serdeczne. W większości. W momencie, w którym minął mnie nastolatek z oldskulowym boom-boxem (!!!) zrozumiałem, że to nie Polska, a północnofiladelfijskie GHETTO! Ale dzień piękny, mroźny, lecz słoneczny, więc nieustraszenie idę dalej. Okazuje się, że po jakichś 10 minutach spaceru główną ulicą, getto płynnie zmienia się w siedlisko Kowalskich i Nowaków! Jednak różnice sa minimalne. Chyba jest trochę czyściej, ale bardzo możliwe, że to mój rozbuchany patriotyzm zaburza mi percepcje. Niby wszystko takie samo, ale jednak czuć że to tu! Oblicze TEJ ziemi, odmienione jest przez Ducha. Po czym czuć? A no po tym:

A i o ile w gettcie jedyne zadbane budynki, to kościoły, o tyle w polskiej częsci Port Richmond są to domy pogrzebowe.

6a

Zapotrzebowanie może być spore, bo sądząc po tym, kto według lokalnej Polonii jest „Najpopularniejszym Polskim Satyrykiem”, średnia wieku miejscowych musi być dość wysoka.

7

Warto jednak zauwazyć, ze Gosia Julia Maj – polska (mało znana) wokalistka gra całkiem regularnie koncerty w, jeśli dobrze ogarniam, najważniejszym klubie jazzowym w Filadelfii. A no i Zabawa Karnawałowa tez jest organizowana.

Polska cześć Port Richmond kończy się nad brzegiem rzeki Delaware, gdzie skromny, przybrzeżny Park Generala Pułaskiego oferuje widok na najważniejszy most w Filadelfii. Łączący dwa stany: New Jersey i Pennsylvania – Most Beniamina Franklina.

10

Most ten też powinien mieć spore znaczenie dla Poloni. Został on wykonany bowiem pod nadzorem, niejakiego Ralpa Modjeskiego. Kumpel z zajęć muzycznych, Igi Paderewski, wolał na niego wołać jednak Rudolf Modrzejewski!

Może ja też powinienem zmienić nazwisko na coś łatwiejszego…

Tyle już żem napisał?! kotleta dalej nie było? W takim razie ciąg dalszy w następnej notce.

Acton, MA

Mieszkałem kiedyś w Acton… Przewspaniałe miejsce! W sumie nie – raczej nie. Ale ciekawe. Całkowicie zdominowane przez imigrantów z różnych stron świata. Polacy, Arabi, Rumuni, Jamajczycy, Portugalczycy – czarni, biali, żółci, brązowi. I wszyscy się mieszają że sobą; i libański kebab zaraz obok „Kasia’s cafe” – (ach, jakież tam placki po węgiersku dajo), i chiński straganiarz sprzedaje majtki obok zjaranego Jamala udającego że handluje pirackimi płytami CD (10 lat już tak udaje, czas u niego nie płynie); i ujebane farbą polskie chłopaki wracają z kolejnej fuchy i tłoczą się w autobusie razem z hiszpańskimi kelnerkami jadącymi na wieczorną zmianę; i aż czuć te wymieniane spojrzenia, i tę miłość w powietrzu; i gdyby tylko nie te bariery językowe!!! I gdzieś pomiędzy nimi upchani tubylcy, próbujący zachować jakoś resztki swej anglosaskiej tożsamości…
Ale to nie o tym, nie o tym. Zostawmy Londyn i jego trzeciostrefowy Acton położony w hrabstwie Middlesex. Acton, Massachusetts, hrabstwo Middlesex (wat??!!) – to tam wybrałem się na Święto Dziękczynienia. Malutkie – gdzieś wielkości Wadowic, typowe miasteczko na przedmieściach Bostonu. Nic szczególnego, serio! – No to po coś tam Pan pojechał? – zapytają Państwo! Bo, moi mili, już wtedy, pod koniec Listopada ubiegłego roku myślałem o Państwu. Już wtedy planowałem wizytę w miejsach mniej znanych, acz na wskroś amerykańskich. Oczywiście, każdy rozsądny człowiek pojechałby do Bostonu, gdzie piwa pysznego za dara w browarze starym napić się można, herbatę brytyjską dobrze opodatkowaną się znajdzie, i słynny Harvard odwiedzić wręcz należy lub nawet NAWET można zajrzeć do laboratorium na MIT. Ale nie! Ja do Acton! Bo blog!*
No ale jak już w tym Acton to trzeba coś zrobić! A tu jeb, leje. Ale ja, urodzony optymista, nie zrażam się niczem. Jak nie da się na zewnątrz, to zasmakujmy amerykańskiego życia wewnątrz. I tym oto sposobem swoje pierwsze Święto Dziękczynienia spędziłem pośród rodziny i przyjaciół, cały dzień gotując, jedząc, grając w karty i Monopoly (alem ich rozjebał, jak złoto!). Oczywiście wydarzeniem dnia był Indyk!
15218312_10209801665390748_396958995_nJednak zanim to wszystko, to, po śniadaniu, skorzystałem z chwileczki kiedy nie padało i obwieściłem, że wychodzę się przejść. Wtem portokanska armia się patrzy na mnie spode łba – gdzie ty to pójdziesz chopok? zaraz będzie lało, zimno, błoto, to jest Acton, nic tu nie ma, a tu ciepło, pachnie pieczonym ptakiem, muzyczyka leci – lepiej se zatańczyć.
Ale poszedłem. Zimno w pizdu – typowy brzydki, polski Listopad i zacząłem spacerować i w całym Acton pusto. Wszyscy w domu, z rodziną, normalne. Wychodzę z osiedla gdzie się zatrzymaliśmy – całkowicie nie-amerykańskie swoją drogą osiedle. Niskie nowoczesne bloki dla klasy średniej na dorobku. Nic specjalnego. Idę dalej, szukam Ameryki. Małe dziecko jeździ na rowerku z tatą po ulicy – święto, samochody w garażach. Kawałek dalej – centrum handlowe. Supermarket, kilka restauracji, ale widać że lekko zapuszczona miejscówa. W sumie, skoro wszyscy mają samochód to wolą jechać do gigantycznego centrum handlowego z wszystkim, 10 minut od Acton – logiczne. Dodatkowo, Święto Dziękczynienia jest, wszystko zamknięte! Wszystko, poza małym hinduskim sklepem. Widocznie prawdziwi Indianie nie świętują! Centrum handlowe stoi przy drodze głównej, a po drugiej stronie ulicy piękne jezioro i las.
Ładnie, ładnie, ale nie czuję, żeby moja potrzeba amerykańskości została zaspokojona. Idę dalej, zaczynam się wspinać małą drugą wzdłuż jeziora i jest i on. Samotny, dumnie stojący, spoglądający z małego pagórka w przestrzeń jeziora, najbardziej amerykański z domów! Obłożony kremowym sidingiem, z wielkim ceglanym kominem, małym boiskiem do kosza na podwórku, otoczony rozłożystymi drzewami. I w najbardziej widocznym od ulicy miejscu stoi ona – flaga wolnego świata zatknięta na maszt!15226392_10209801368903336_981899201_n
– Tak? najbardziej amerykański z domów? Jakoś nie widzę półokrągłej skrzynki na listy! – powie uważny obserwator. Racja, bo w miejscu tak pustym jak Acton domki są zbyt rozsiane po okolicy, więc żeby listonosz miał łatwiej to się grupuje skrzynki na listy przy głównej drodze.
15226341_10209801458425574_1885689750_n
I już, wracam, zbiera się na deszcz, więc czas wrócić do indyka. I jak już myślałem że więcej Ameryki już dziś nie zobaczę, to proszę, drewniany znak obwieszcza ze tu zaraz obok jest Ranczo Bobby’ego! Skręcam z głównej w polną drog. A na ranczu? Pusto! Znaczy, nie do końca, ludzi nie ma. Bo wilczur na 10-metrowym łańcuchu goni wokół budy i ujada (ale żem się posrał, jak na mnie wyskoczył), osiołki grzecznie się pasa w zagrodach, a w stajni słychać rżenie koni. Szkoda, że jedyne co zostało po właścicielach, to 3 pick-upy, tabliczka z napisem: „Niestrzeżonym dzieciom wręczymy espresso i darmowego szczeniaka” i stodoła wypchana sianem zrolowanym w wielkie walcowate snopy. Jak w amerykańskich filmach!15211791_10209801548867835_921627480_n

Następne 3-dni urlopu spędziłem w Bostonie.
*u znajomych byłem w odwiedziny, a nie żaden blog

Prolog

– Tyś to zawsze był jakiś inny – mówiła mama, odrobinę zbyt często. – Źle ci tu było, źleś miał? Wcale nie, właśnie bardzo dobrze. Skoro tak, to dlaczego siedzisz teraz w małym, skąpo umeblowanym pokoiku w Filadelfii i popijasz wino z promocji z kubka z napisem „I only drink wine on the days that end in -y” (nieprawda)? Cóż, powodów jest wiele. Miłość (jeszcze raz – siedzę SAM w ciasnym pokoiku w Filadelfii), pieniądze (w ciasnym pokoiku w Filadelfii pijąc wino z PROMOCJI), przygoda (przed chwilą skończyłem swoją codzienną sesje w FIFKĘ i siadłem do tego tekstu z nudów). Tak naprawdę to, zawsze chciałem wyjechać, pożyć gdzieś indziej, bo kręci mnie poznawanie nowych kultur, spotykanie ludzi, smakowanie kuchni świata, dyskoteki, chłopaki i ogólnie takie takie, tak ogólnie, to nauka mnie najbardziej kręci. Wyjechałem bo chciałem, bo mogłem. I teraz w końcu uznałem, że chcę coś zrobić z wolnym czasem, którego dziwnym zrządzaniem losu mam teraz trochę więcej, coś pożytecznego. Pożytecznego, przede wszystkim dla mnie, a jeśli się innym przyda to też będę zadowolony.

Więc (czy w szkołach dalej uczą, że nie zaczyna się zdania od ‚więc’? – nigdy nie zrozumiałem dlaczego) jaki ma być pożytek z tego bloga. Otóż, drodzy państwo, pożytki są liczne.

Pożytek 1 – Jakkolwiek pretensjonalnie to nie brzmi, bo spędzeniu ponad 3 lat w krajach anglojęzycznych, gdzie w pracy, w związku, w sklepie (poza ‚Mleczkiem’ w Londres) używam języka wciąż dla siebie obcego, moja biegłość w posługiwaniu się polskim spadła. Nie mówię, że nie jestem w stanie złożyć zdania, ale od jakiegoś czasu both w mowie i piśmie zdarza mi się wrzucić jakieś anglicyzmy z dupy. Pewnie to normalne, ale wolę spróbować wykorzystać ten blog do stosowania poprawnej polszczyzny. Żebym już nigdy nie powiedział/napisał czegoś w stylu: „Wydaje mi się, że oni chyba poszli z tą opcją”
Pożytek 2 – Kiedyś tam, dawno temu, w liceum, zdarzało mi się pisać teksty, całkiem sporo nawet. Ale niestety studiowanie na uczelni technicznej nie sprzyja rozwojowi wartości humanistycznych i zamiast pomnażać swoje talenty (albo chociaż poszerzać zainteresowania), spędziłem 5 lat licząc skomplikowane (ha!) zagadnienia techniczne metodami z lat siedemdziesiątych. Przez ten czas jedyne co napisałem to 70 stron pracy inżynierskiej o wykonawstwie dachów zielonych (marna) oraz jakieś 110 stron pracy magisterskiej o samozaleczaniu betonu z proszków reaktywnych w zróżnicowanych warunkach termicznych (lepsza). Poza tym, nic! I wiedziałem, że chciałbym wrócić do pisania, że to przyjemne jest, ale zawsze znajdywałem jakąś wymówkę. Dlatego, proszę bardzo – blog! Zobaczymy, jak długo wytrzymam.
Pożytek 3 – Dopóki mieszkałem w Londynie, to komunikacja z rodziną i znajomymi była względnie prosta. Ale tu w ciasnym pokoiku w Filadelfii mój zegar wskazuje 20:13, podczas gdy w Wado jest 2:13. Wydaje się, że to nie jest aż tak źle, niektórzy nawet związki na odległość utrzymują przy takiej różnicy czasu, ale jednak gdy ja wracam z pracy, moi rodzice już śpią. A gdy na prywatnym czacie grupowym goreje dyskusja, bo akurat wszyscy kończą dzień pracy to ja piję drugą kawę zbierając się do tworzenia analizy opóźnienia na projekcie budowlanym szpitala psychiatrycznego w Nowym Jorku. Tak więc, może dla kogoś (mamo, tato) ten blog posłuży jako odpowiedź na pytanie: co ja tutaj wyprawiam?!
Pożytek 4 – Żeby mieć bloga, to trzeba mieć o czym pisać. Tak mi się wydaję. Bo dzisiaj każdy może mieć stronę, twitterafejsatumblrainsta, videobloga, podcast – czego utrudzona artystyczna dusza zapragnie. Jednak, mimo, że można nawijać o swoim życiu i przemyśleniach przez jakieś 3571 znaków, to docelowo fajnie, żeby to nawijanie było o czymś. I ja chyba wymyśliłem! Otóż, mieszkam w Stanach i planuję poznać ten kraj. Jest coś w Ameryce, co mnie urzeka i to urzeczenie chciałbym państwu tu zaprezentować. W dzisiejszym świecie jednak, każdy kto ma trochę zapału może sobie pojechać do Nowego Jorku i cyknąć selfie z Empire State w tle. Ale poza NYC, LA, FLOSFDCLV jest w tym kraju mnóstwo miejsc mniej znanych, rzadziej opisywanych, które z przeróżnych względów są bardzo ciekawe. I to na nich chciałbym się skupić. I mimo, że jestem niemal pewien, że nie będę się twardo trzymał tej reguły, to wybór tego tematu może mi posłużyć jako samospełniająca się przepowiednia. Będę skupiał swoją uwagę na tych mniej spektakularnych miejscach i będę do nich podróżował, bo przecież mam bloga i nie mogę zaniedbywać swoich followersów! Bo blog bez followersów jest nudny.

– Toś kurwa odkrył Amerykę! – rzucił głos z widowni.